START / INFO - BLOG / 3. „Życie po śmierci / motywacja, wywiad, diagnoza, terapia”

3. „Życie po śmierci / motywacja, wywiad, diagnoza, terapia”

Życie po śmierci.

Motywacja. Gdy przeżyjesz własną śmierć z powodu choroby, już na zawsze będziesz mieć w sobie świadomość jej nieuchronności i nieodwracalności.  Jeśli będziesz ciągle o tym myślał – wtedy ten strach przed śmiercią spotęguje się jeszcze bardziej. Pierwsze chwile „po” przytłaczają. Gdy mija bezpośrednie niebezpieczeństwo – zaczynasz sobie zdawać sprawę z tego, jak wiele miałeś szczęścia. Potem, gdy wychodząc ze szpitala słyszysz za sobą zamykające się drzwi, a blask słońca, którego nie widziałeś od jakiegoś czasu – sprawia, że na chwilę mrużysz oczy – już wiesz, że zrobisz wszystko, aby tu nie wrócić i wiesz, że musisz znaleźć przyczynę choroby, bo inaczej dalsze całe twoje życie będzie tylko ciągłą walką ze strachem.

– Mąż żyje, ale te kilka najbliższych godzin będzie decydujące – tak żona relacjonowała mi rozmowę z lekarzem zaraz po reanimacji… Gdy najbliżsi modlili się żebym przeżył  – ja wiedziałem już co to jest prawdziwy strach. Kilka dni później, gdy robiono pierwsze badania, aby znaleźć źródło choroby, dowiedziałem się ile miałem szczęścia. Gdy wychodząc ze szpitala, spojrzałem w niebo, czułem jakbym wracał z bardzo dalekiej podróży. Łódzkie szare ulice, pokryte brudnym topniejącym pośniegowym błotem – jeszcze kilkanaście dni temu drażniły mnie swoją brzydotą – a dzisiaj? Dzisiaj zupełnie mi nie przeszkadzały. W ciągu tych kilkunastu dni, mój sposób patrzenia na świat się zmienił.  Trzymając w ręku wypis ze szpitala – „(…)Pacjent lat 41, masywny obustronny zator płucny – jeździec, powikłany zatrzymaniem krążenia i oddychania… ” – wracałem do domu, wracałem do życia…

***
Profesor
– Proszę siadać – powiedział na przywitanie hematolog – poproszę o dokumenty ze szpitala.

Starszy, wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna czytał, spoglądając na mnie od czasu do czasu. Kiedy skończył – delikatnie się uśmiechnął.
– Wie Pan, niewiele osób może się pochwalić takim wypisem, miał Pan wyjątkowo dużo szczęścia. – powiedział – teraz trzeba poszukać źródła choroby. W szpitalu nie znaleziono przyczyny nowotworowej, być może chodzi o chorobę autoimmunologiczną, może wrodzona nadkrzepliwość. Źródłem może być też nadwaga, brak ruchu…

Wywiad. Profesor pytał dużo. Niektóre pytania zaskakiwały, a odpowiedzi wymagały ode mnie przypomnienia pewnych okoliczności i namysłu. Nie ponaglał, czekał aż się zastanowię i przypomnę. Działał tak, jak gdyby po zamknięciu drzwi, nie liczyło się nic więcej niż ten konkretny wywiad, te kilka minut. Czułem że jego pytania i moje odpowiedzi – to czas wyjątkowy, a od jego dobrego wykorzystania będą zależeć dalsze decyzje i postępowanie. Wiedziałem też, że znalezienie źródła choroby i właściwa terapia będzie mieć wpływ nie tylko na jakość mojego życia, ale też może zadecydować o życiu lub śmierci. Dla profesora wszystko miało znaczenie, czy paliłem, czym się zajmuję, czym się zajmowałem. Gdy myślałem, że opowiadając o dawnych czasach zagalopowałem się ze wspomnieniami – okazało się, że informacja którą przekazałem nie została przez doktora zignorowana, a po kilku miesiącach, na dalszym etapie leczenia została przez niego „wydobyta” z notatek bo okazała się istotna.

Dokumentacja. Rzetelna i dokładna, zawierająca wszystko co powiedziałem. Drugie tyle co nasza rozmowa, zajęło lekarzowi jej dokumentowanie. To były jedne z trudniejszych momentów wizyty, bo siedziałem w tym czasie cierpliwie w ciszy, aby nie rozpraszać i nie przerywać mu pracy. Profesor skoncentrowany na opisach, również nic się nie odzywał i tylko czasem bąknął, aby zapytać o jakiś szczegół. Przypomniałem sobie jak w poczekalni przed pierwszą wizytą dwie panie scharakteryzowały profesora jako małomównego – uśmiechając się w duszy, już wiedziałem dlaczego.
To było nasze pierwsze spotkanie z kilku następnych w przeciągu dziewięciu miesięcy i zrobiło na mnie duże wrażenie. Gdy spotkaliśmy się następnym razem z wynikami pierwszych badań – pierwsze kilka minut profesor poświęcał na zapoznanie się ze swoimi poprzednimi wpisami, zadawał kolejne pytania, przeglądał wyniki. Od pierwszego spotkania dawał mi zresztą zadania, które ja miałem zrealizować. Słuchałem uważnie, zapisywałem i na każdą kolejną wyznaczoną wizytę przynosiłem uprzednio zadaną „pracę domową” – leki, badania i raport z zrzucania wagi. Oczywiście, aby nie czekać na absurdalne terminy proponowane przez NFZ – niektóre badania musiałem robić prywatnie.
Moja “praca domowa” nie polegała tylko na robieniu badań. Trudniejszym zadaniem była zmiana trybu życia. Nie muszę przypominać, jak wielką miałem motywację, więc bez problemu przesiadłem się z samochodu w tramwaj, a gdy zrobiło się ciepło – na rower. Dużo też chodziłem pieszo, zmieniłem dietę. Profesor widział moje postępy praktycznie przy każdej wizycie – w tamtym czasie schudłem ponad dwadzieścia kilogramów.

Jeśli miałem jakieś obawy czy wątpliwości – nie czekałem, aż ze strony Profesora padnie pytanie – o ten konkretny problem – pytałem ja. Słuchał i wyjaśniał – nie bagatelizował tego co mówię. Informował mnie również na bieżąco o tym jak przebiega według niego leczenie i interpretacja wyników które dostarczałem. Pytał czy jestem w stanie pokonać kolejny etap, mówił o trudnościach i niebezpieczeństwach, ale też o zyskach i perspektywach. Uczyłem się, jak wiele zależy ode mnie, aby nie było powtórki, ale też jak ważna jest kontrola – by nie przegapić niczego ważnego. Cierpliwie, systematycznie, miesiąc po miesiącu brnąłem do przodu.

Diagnoza. W październiku, spotkaliśmy się ostatni raz. Profesor zresztą odchodził na emeryturę, kończył pracę w przyszpitalnej poradni i współpracę z NFZ, a ja w tym czasie kończyłem swoją szkołę – “jak zostać odpowiedzialnym pacjentem”. Przez te dziewięć miesięcy bardzo dużo się nauczyłem. Dzięki współpracy, badaniom, systematycznej kontroli wyników, pracy nad sobą i koordynacji leczenia – udało się nam znaleźć źródło problemu. Nadwaga, mało ruchu i stres – to była przyczyna mojej choroby. Próba odstawienia leków – pod ścisłą kontrolą wyników krwi oraz USG i mogłem zrezygnować z leków przeciw zakrzepowych na stałe….

Mija już ponad dwa lata. Trzymam się. Robię badania, kontroluję sytuację, trzymam wagę. Wspominam Pana Profesora wyjątkowo. Wiem, że ze względu na swoją pozycję, może wiek mógł pozwolić sobie na “luksus” przyjmowania pacjentów w takim stylu – ale to nie powinien być wyjątek. On uświadomił mi jak ten system niszczy to co najważniejsze, jak jest niebezpieczny dla pacjentów, ale też lekarzy, jak zmusza do bylejakości i wizyt po łebkach. Wspominam Profesora – bo w tym systemie tak trudno trafić na prawdziwego koordynatora leczenia. W tym ciągłym zaganianiu, frustracji, nerwach, kolejkach, braku wzajemnego poszanowania – zupełnie ginie to co najistotniejsze – komunikacja i wspólne działanie ukierunkowane na cel.
Jak trafiłem do Profesora? – Opowiadając o moich przeżyciach, został polecony mi przez znajomych lekarzy. Nie mylili się. Dziękuję
CDN

Cz. I „Zator płucny – jak doszło do tego, że umarłem…”

Cz. II – „Pierwszy błąd i pierwsza lekcja”

 

Top
stat4u